środa, 17 października 2012

Rozdział 2.

Obudziłam się w pół siedzącej, pół leżącej pozycji. Otworzyłam i ponownie zacisnęłam oczy, pozwalając im się spokojnie 'wybudzić' i usiadłam. Dzisiaj wypadał piątek, a oznaczało to dwie godziny treningu po lekcjach... Jako, że zawsze rano biegałam piętnaście minut, zerknęłam na zegar i moje serce prawie że stanęło mi w piersi.
Ósma trzydzieścisiedem.
Przetarłam oczy i podniosłam się. Za dwadzieścia dziewiąta. Czyli mniej więcej godzina spóźnienia... Bywało gorzej, ale dotychczas, do końca czerwca, jakoś dobrze się trzymałam i spóźniłam się może kilka razy. A im bliżej było wakacji, tym więcej gaf popełniałam.
Zeskoczyłam z łóżka i poszłam do łazienki.
Prysznic zajął mi szybkie pięć, góra dziesięć minut. Ubrałam się w dżinsowe rurki, koszulę, którą wpuściłam w spodnie i baletki. Włosy spięłam w wysokiego kitka, spakowałam szybko książki do plecaka od Adidas'a i weszłam szybko do kuchni.
Mama siedziała przy stoliku przy laptopie i pisała coś w Wordzie, popijając kawę. Obok jej laptopa stał mój kubek ze Zbychiałem, który dostałam  na ostatnie urodziny.
    - Mamo, ja już idę - powiedziałam.
Wzięłam łyka herbaty i skierowałam się w stronę przedpokoju, zdjęłam z wieszaka worek z butami i ubraniem na trening oraz skórzaną kurtkę, którą zarzuciłam na ramiona. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i zbiegłam po schodach. Boże, czemu to to cholerne trzecie piętro?


Wbiegłam do szkoły o dziewiątej. Skierowałam się do szatni i powiesiłam na wieszaku worek, po czym pospiesznie weszłam po schodach do sali historyczno-geograficznej, gdzie mieliśmy geografię. Szłam przez główny korytarz, mijając salę gimnastyczną, salę matematyczną, językową... Moje liceum nie należało do tych wielkich i piętrowych, znajdowało się na parterze budynku i jedynie może dwie, trzy sale oraz szatnia znajdowały się w piwnicy.
Popchnęłam drzwi z tabliczką oznajmiającą 'Pracownia historyczno-geograficzna' i weszłam do klasy. Omiotłam salę wzrokiem. Nie było kilku osób, może z pięciu lub sześciu. Sporo, ale w końcu to ostatnie dni szkoły. Uśmiechnęłam się promiennie w stronę pani Ewy, była niską, trochę przy sobie kobietą, zawsze uśmiechającą się zachęcając uczniów do nauki. Przeprosiłam za spóźnienie i usiadłam obok Ali.
Spojrzała na mnie pytająco.
    - Co chciałaś mi wczoraj powiedzieć? - szepnęła do mnie, kiedy wyciągałam zeszyt i książki. Podkradłam od niej długopis i zapisałam notatkę znajdującą się na tablicy. Urwałam kawałek kartki i napisałam na niej:
"Chciałabyś ze mną się zgłosić na wolontariuszkę w Fundacji? Herosi?"
I podałam skrawek  przyjaciółce. Musiała zbierać szczękę z ławki i wytrzeszczyła oczy.
    - Nie gadaj, Herosi? - rzuciła w moją stronę i uniosła brwi - powiesz mi na przerwie.
Okazało się, że pani Ewa zlitowała się nade mną i darowała mi ten brak pracy domowej. I tak miałam do siebie małe wyrzuty sumienia, bo już co prawda po maturze, ale... No wypadałoby zrobić te ostatnie zadanie, z ostatniej strony podręcznika.
Kiedy tylko zabrzmiał dzwonek, klasa poruszyła się i wystrzeliła na korytarz. Zaludnił się młodszymi i starszymi licealistami, niektórzy, co najnowsi już się oswoili, ale to my, trzecioklasiści czuliśmy się tu najpewniej. Powędrowałam z Alą pod salę językową, gdzie mieliśmy angielski i rzuciłam pod drzwi plecak. Alicja od razu naskoczyła na mnie jak małpa, albo jak, jeszcze gorzej mówiąc goryl lub szympans.
    - Fundacja Herosi? No nie gadaj!
Uśmiechnęłam się i usiadłam na ławce pod kaloryferem.
    - Jak nie chcesz żebym gadała, to nieee...
    - Anka, kuźde!- Ala była zaciekawiona jak nigdy.
A to się wplątałaś.
    - No... Bo dostałam wczoraj smsa od nich, wiesz, takie jak te z BMW... - uśmiechnęłam się znowu - No i jak napisali coś o sporcie, to pomyślałam że może wypalić...
Uniosła brwi i pokiwała głową. Więc okazało się, że mam Alę po swojej stronie,a w dodatku wiedziała o tej fundacji już wcześniej. Chwilę później już zadzwonił dzwonek, więc pognałyśmy do klasy, niechętnie bo niechętnie, ale ważne że zachciało nam się ruszyć tyłki, prawda?

Ostatni dzwonek wyczekiwaliśmy z napięciem. Odliczaliśmy sekundy, trzymaliśmy się za ręce, a kiedy w końcu dzwonek zabrzmiał, rozległ się niesamowity pisk i wrzask.  Ryczeliśmy jak małe dzieci, rzucaliśmy się na siebie nawzajem, składaliśmy życzenia. Żałowaliśmy, że już nigdy nie będziemy siedzieli w jednej ławce, rzucać do siebie zmiętolonych liścików czy wagarować.  Skończyliśmy liceum i stała przed nami droga do marzeń. I jak bardzo naiwnie to brzmi, tak ewidentnie było.
Zostałam w szkole przez taki okres czasu, na jaki pozwalał mi trening. Po nim samym i tak umówiłam się z resztą klasy na ogromną wyżerkę w KFC i imprezę w parku. Skoro kończyłam pewien etap w moim życiu, to zakończenie musiało jakoś porządnie wyglądać, nie?

Wróciłam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Była godzina szesnasta, więc akurat trafiłam na obiad, z czego pewnie bym się kiedy indziej ucieszyła, ale wtedy byłam nażarta jak bania. Napiłam się tylko wody mineralnej, ponieważ treningi czegoś wymagają, i rozwaliłam się na kanapie. Sięgnęłam po pilota i telewizja przywitała mnie miłą niespodzianką.
    "Wczoraj został rozegrany charytatywny mecz PGE Skry Bełchatów oraz Lotosu Trefl Gdańsk. Zakończył się on wynikiem 3:1 dla Bełchatowian, a zebrane podczas niego pieniądze trafiły na rehabilitację podopiecznych Fundacji Herosi."
Uniosłam kąciki ust do góry. No, no, nasi koledzy z Trójmiasta walczyli... Ale przykro mi, ze Skrą nie wygrają. 
Mama zaciekawiła się nagle i stanęła za oparciem kanapy.
    - Nie oglądałaś wczoraj? - spytała. Dzięki za dobicie, mamo...
Potrząsnęłam przecząco głową i dostałam cichej palpitacji serca, kiedy na ekranie pojawił się Michał Winiarski tuż po meczu. Mama wychwyciła mój wzrok i poklepała mnie po ramieniu.
    - Niedługo, siatkareczko moja, to Winiarski będzie się zachwycał na TWÓJ widok.
Przewróciłam oczami i bąknęłam ciche 'mamooo...', po czym skierowałam się do łazienki.
Odkręciłam kurek od gorącej wody i zatkałam wannę, wlewając do niej prawie że jedną trzecią płynu do kąpieli. Chwilę później doszłam do wniosku, że z okazji zakończenia liceum mogę trochę zaszaleć, więc chwyciłam kulę musującą, sól do kąpieli i zaczęłam mieszać zapachy.
Sekundy później łazienka była wypełniona orzeźwiającym, owocowym zapachem. Zaciągnęłąm się mieszanką cytryny, limonki, maliny i bodajże tysiąca innych owoców, po czym weszłam do wanny. Piana zakryła mnie całkowicie tak, że spoza niej wystawała jedynie moja głowa i stopy. Woda była akurat nie to za gorąca, nie to za zimna.  Zamknęłam oczy i jeszcze raz przypomniałam sobie o wczorajszym smsie. Nigdy nie należałam do tych nieśmiałych osób,  ba, byłam otwarta i uwielbiałam poczucie, że pomagam potrzebującym, ale skoro większość moich planów kończy się na chęciach i mam już ich tysiąc, nie było w tym ani kropli sensu, aby angażować się w kolejną akcję.
'Oddzwonisz w swoim czasie', obiecywałam samej sobie w myślach, ale co z tego, skoro 50% moich obietnic nigdy się nie spełnia?

~

No i jest drugi, uff. Dziękuję za te trzy komentarze, które pojawiły się przy 1 rozdziale :) DZIĘ-KU-JEMY!
Tymczasem wyjaśnię może pytanie, które możecie niedługo zadać - kiedy wprowadzę siatkarzy? Już niedługo, ale jak widzicie akcja dopiero się rozkręca. :D
Hope you enyojed it! :*

Pozdrawiam :)

sobota, 6 października 2012

Rozdział 1.

Nigdy nie byłam osobą która dąży do marzeń i celów po trupach. Zazwyczaj  bardzo szybko rezygnowałam, i nie będę owijać w bawełnę z przeróżnymi powodami, bo byłam zwykłym leniuchem. Napalałam się na jakiś plan i przez kilka dni, może tygodni lub miesięcy starałam się o to. Ale większość z nich nie przetrwała próby czasu i zakończyła się na snuciu planów.
I nie będę wam mówić, że z siatkówką było inaczej i że odmieniła moje życie, bo należała jedynie do tej mniejszości, która została na kilka dobrych lat i trwa nadal, tyle że już nie pasjonuje mnie tak jak na początku. A owszem, nadal oglądam mecze Skry Bełchatów z rumieńcami na policzkach i w sekrecie przed wszystkim i wszystkimi trzymam zdjęcie siatkarzy w rameczce. No co ja mam poradzić? Skoro się tym zainteresowałam i zaczęłam trenować, nie mogłam tak po prostu hop siup!, już nie trenuję, halówki za dwie stówy sprzedam na ebaju a zdjęcia z reprezentacją i tak nie mam i mieć nie będę i git. Grałam w szkolnym klubie na pozycji libero, ale z drugiej strony nie kochałam tego sportu tak mocno, jak powinnam.

Było zimno, jak na letni wieczór. I nie tylko mi zapewne, ale nie mogłam się do końca upewnić, bo teraz wokół kręciło się tylko pełno kibiców. Co druga osoba idąca przez ulicę miała na sobie albo szalik, albo jakikolwiek inny gadżet Treflu Sopot lub Skry Bełchatów, zależy kto co lubił. I trudno było rozpoznać po strojach, czy im też było zimno, bo byli głównie w t-shirtach kibica... Więc chyba jako jedyna miałam czapkę na głowie, sweter i szorty. A pod nimi leginsy. I creepersy, bo musiało mnie coś grzać w stopy. Hm... Nie było do końca ciemno, ba, niebo dopiero wpadało w różowawo-żółty odcień, a błękit nadal przeważał w kolorach nieba. Troszkę chmurek i wiatru, raz mocniejszego a raz lżejszego, słońce i mrozek szczypiący w nos. Dziwna pogoda jak na koniec czerwca... Zbyt dużo myślałam tamtego wieczoru, zaczynała boleć mnie głowa. I nie wiedziałam czy to przez huk kibiców czy przez zbyt duży natłok myśli.
Przechodziłam właśnie obok ERGO Areny. Była pięknie oświetlona, normalnie duma aż mnie rozpierała, że jestem z Trójmiasta, chociaż nawet w siatkówce kibicowałam z największym zapałem komu? Skrze Bełchatów, hm... Coś w tym musiało być. Tak, dzisiaj WYJĄTKOWO nie oglądałam meczu. Miałam totalnie napięty dzień i zwyczajnie nie miałam czasu nawet na większe pasje, takie jak rysowanie, a więc tymbardziej nie mogłabym poświęcić czasu siatkówce. Skończyłam zajęcia dopiero o szesnastej, posiedziałam chwilę w domu, aby się pouczyć i musiałam wyjść na zakupy... No i w sumie to potem sama z siebie zaszłam do Ali żeby pójść z nią na kawę, ale musiałam w końcu się z nią spotkać. A jako, że aktualnie wybiła godzina 20:30, oznaczająca początek meczu, postanowiłam się pośpieszyć do domu. Od ERGO Areny do mojego osiedla nie było aż tak daleko, mogłam spokojnie dojść do domu w piętnaście, może dwadzieścia minut. Czasem podjeżdżałam do naszego osiedla tramwajem i podchodziłam jeszcze minutkę, ale najczęściej w nawet tak zimne letnie dni lubiłam pospacerować. Co prawda moja droga do domu przechodziła przez sam środek Gdańska, ale i tak sprawiało mi to przyjemność.
Właśnie przechodziłam obok sklepu mojej sąsiadki z piętra niżej, kiedy zabrzęczał mój telefon. Wyjęłam moje LG z kieszeni szortów i przyjrzałam się ekranikowi.
Nieznany numer.
Hmm, ciekawe kto to. Zazwyczaj albo wstydziłam się, albo bałam odebrać lub odpisać, ale to było kilka lat temu. Teraz lubiłam wykręcać obcym żarty przez właśnie takie anonimowe smsy lub telefonu.
Otworzyłam smsa i zaciekawiona przystanęłam na chwilę, abym   mogła przeczytać jego zawartość.
"Chcesz dać dzieciom szansę na lepsze życie? W dodatku interesujesz się sportem lub jesteś artystyczną duszą? Wolontariat 'Fundacji Herosi' czeka na ciebie! Wypełnienie formularzu zajmie chwilę, a nada nadzieję naszym podopiecznym. Po więcej informacji zadzwoń: 691 490 178. Oddzwonimy!"
Fundacja Herosi? Pierwszy raz słyszałam taką nazwę i w życiu bym się pewnie nie dowiedziała o jej istnieniu. Chciałam już skasować tą wiadomość, ale utkwiły mi w głowie słowa: "może interesujesz się sportem?"... Hm. Nigdy nie byłam wolontariuszką w żadnej fundacji, chociaż składałam papiery do uczelni na kierunek pedagogiki... A przecież fundacja mogłaby być fajną przygodą. W dodatku te słowa ze sportem mnie zainteresowały.
Postanowiłam sprawdzić to w domu, więc zostawiłam smsa w spokoju i pognałam przez ulice Gdańska.

Wleciałam do domu i zamknęłam za sobą drzwi, starając się nie trzaskać.
    - Mamo, już jestem! Mam tutaj resztę tej stówy co od ciebie brałam.
Rzuciłam zadyszana i zdjęłam buty, zamieniając je na wygodne, ciepłe papucie. Położyłam pieniądze na szafce o podreptałam do kuchni, aby umyć ręce i przy okazji zgarnąć z blatu kubek z herbatą. Już szósta dzisiaj, hm. Dzięki ci boże za automaty z piciem w szkołach, alleluja!
Usiadłam przy stole. Mama odwróciła się do mnie i uniosła brwi.
    - Ale masz rumieńce, coś się stało? Zimno było?
Potrząsnęłam głową.
    - Nie, chociaż zmarzłam nawet w tych rajstopach faktycznie, ale nieważne -wyrzuciłam z siebie z szybkością karabinu maszynowego.
    Mama usiadła naprzeciwko mnie i zamieszała łyżeczką w swojej kawie.
Hm, więc była opanowana i miała chyba dobry humor. Czas rozpocząć pierwszy punkt akcji 'Ania Wolontariuszka', który obmyśliłam w drodze powrotnej.
    - Mamo, byłaś kiedyś wolontariuszką w jakieś fundacji?
Uniosła wzrok i zrobiła zdziwioną minę.
    - Nie, skąd ci wpadł do głowy ten pomysł? - wzięła łyk kawy i zachęciła mnie do wypicia mojej herbaty. - Ale ty powinnaś, ciągnie cię do tego.
Zamilkłam i wzięłam do ręki kubek z gorącą herbatą cytrusową, sącząc ją powoli. A więc niczego od niej nie wyciągnę na temat 'a jak jest w fundacjach, co tam się robi?'. Stwierdziłam, że muszę się jeszcze zastanowić, czy w ogóle zachce mi się faktycznie brać w tym udział, więc odstawiłam ten temat na później.   
Wypiłyśmy herbatę i kawę zatapiając się w zupełnie innych tematach, wydawało mi się nawet że ten sms to jakaś historyjka, a nie prawdziwe wydarzenie.
Wstałam od stolika i spojrzałam na telewizor. Aktualnie mama oglądała Polsat SPORT, na którym leciał mecz Treflu i Skry. Niefortunnie nie skończyłam geografii, a jako że lubiłam naszą nauczycielkę nie chciałam jej zawieść -  siatkarze, wybaczcie! Kocham was, ale nauka wzywa!


Weszłam do pokoju, zamykając za sobą drzwi i ujrzałam jeden, ale ogromny plakat reprezentacji polskiej siatkówki, a nad nią mniejszy, bo zaledwie A3 reprezentacji polski w piłce nożnej. Wyciągnęłam podręcznik i zeszyt od geografii z torby. Usiadłam po turecku na łóżku i otworzyłam podręcznik; literki nagle zaczęły robić coraz mniejsze, długopis w ręce drżeć a kratki w zeszycie zlewać się. Byłam zmęczona do bólu mówiąc szczerze. Szkołę zaczynam w czwartki o 7:45, a kończyłam o 16:25. Później zaszłam na chwilę do domu, aby zrobić lekcje i się pouczyć, a po tym mama wygoniła mnie na zakupy... I tak całkiem przy okazji już zaszłam po Alę. Treningu dzisiaj nie miałam, więc i tak mój grafik rozluźnił się mimowolnie. A mimo wszystko aby położyć się o przyzwoitej godzinie musiałam zrezygnować z siatki.
Odłożyłam grzecznie podręcznik i zeszyt, wiedząc że nic z tego nie wyjdzie, i pognałam do łazienki, zgarniając jednocześnie piżamę z brzegu łóżka.


Byłam tak wypucowana i pachnąca, że gdziekolwiek nie poszłam, pachniało za mną moim żelem pod prysznic od Adidasa. Mama przy okazji zaparzyła mi już dwa kubki herbaty, które elegancko postawiłam na osobnym talerzyku i zgarnęłam go ze stołu razem z drugim talerzykiem z tostami.
Zamknęłam za sobą drzwi, popychając je nogą i postawiłam talerzyki na biurku.Odruchowo ugryzłam ogromny kęs tosta. Hm, oprócz sera wyczułam szynkę. Duuużo szynki. Przeżułam dokładnie tosta, ponieważ z moim jakże ruchliwym trybem życia wypadałoby dbać o dobre trawienie i usiadłam na łóżku. Wyciągnęłam z torby telefon i otworzyłam skrzynkę. Moją uwagę automatycznie zwróciło dziewięć niepozornie wyglądających cyferek. A jeśli to faktycznie mógł być dobry pomysł? Przecież szłam na pedagogikę, interesowałam się losem innych od zawsze. Uwielbiałam dzieci i często zajmowałam się brzdzącami znajomych mamy, w dodatku skoro Herosi inwestowali w sport, to co mi szkodziło?
"Fundacja Herosi"
Wystukałam w nazwie kontaktu i zaakceptowałam zmiany. Ugryzłam tosta ponownie i popiłam kęs herbatą, aby się nie zasuszyć. Zmarszczyłam brwi i wciupiłam się w kąt łóżka, opatulając się kołdrą i wsuwając tosty, które niesamowicie intensywnie pachniały świeżą szynką oraz serem.


Kiedy ocknęłam się i odwróciłam wzrok od telefonu, było już ciemno. Faktycznie, kiedy wchodziłam już pod kołdrę robiło się ciemnawo, ale nie sądziłam że na szperaniu w telefonie i szukaniu na internecie informacji o Herosach zleci mi tyle czasu.
Dopiłam chłodną już herbatę, oczywiście drugą, i odstawiłam kubek na stół, łącznie z talerzykiem po tostach. Usłyszałam jak moja mama zatrzaskuje laptopa i kieruje się do sypialni.
    - Dobranoc, mamo! - krzyknęłam i usłyszałam 'Dobranoc' w odpowiedzi. Ułożyłam się wygodnie w łóżku i do mojej głowy przyszedł pomysł.
Wybrałam automatycznie numer Ali i podniosłam się na łokciu. Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał, czwarty... W końcu!
    - Halo? - ziewnęła do słuchawki zaspana Alicja - Co chcesz, Anka?
Tak, nawet ona nie mogła używać skrótu 'Anka'. Nie lubiłam tego skrótu i gdy usłyszałam, że go używa zmarszczyłam brwi.
    - Słuchaj Ala, słyszałaś kiedyś o takiej fundacji? Herosi? - spytałam i zaszczękałam zębami. Zimno. - Bo wiesz, mogłybyśmy razem zostać wolontariuszkami...
Mój ton z każdym słowem nabierał coraz to bardziej żywego tonu.
    - Tak, cudownie. Czy tylko to chciałaś mi przekazać o wpół do pierwszej w nocy?
Zerknęłam na mój zegar z Realu Madryt i wydałam z siebie cichy, głupkowaty śmiech zakłopotania.
    - Wybacz Alutko, wynagrodzę ci to jutro jakoś. Przepraszam, idź spać dalej!
    - Taak, papa.
Rozłączyłam się i wpatrywałam się jeszcze przez chwilę w telefon. Zaczęłam dziwnie zastanawiać się, czy nie zadzwonić lub zaesemesować jutro... Pfu, dzisiaj, do tej całej Fundacji Herosi. Poczytałam trochę o tym w internecie i okazało się, że Fundacja ta ma na celu spotkania z artystami i sportowcami na rzecz chorych, niepełnosprawnych dzieci. Niby oklepany temat, ale z drugiej strony - co stało mi na przeszkodzie? Kochałam dzieci, szłam na pedagogikę i nie raz zajmowałam się dziećmi znajomych. Nie widziałam żadnych przeciwwskazań, aby nie zgłosić się do wolontariatu, przynajmniej kilka godzin temu. A teraz? Ziewnęłam przeciągle i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Teraz to ja chciałam tylko i wyłącznie spać.



~

Oto i jest - pierwszy rozdział, w którym macie okazję poznać troszkę Anię i jej podejście do życia :)
Z góry od razu wyjaśnię, dlaczego Ania jest tu przedstawiona jako licealistka - oprócz dwóch części opowiadania powstanie jeszcze taka całkiem pierwsza - tutaj poznamy kulisy nawiązania jej znajomości z siatkarzami i dopiero w drugiej części skupimy się na jej studenckim życiu i problemach.

UWAGA! Od kilku godzin blog posiada fanpage na Facebooku - http://www.facebook.com/UdajmyZeToMilosc ! Będą tutaj publikowane ciekawostki o bohaterach, fabule, sondy i zabawy oraz informacje o nowych rozdziałach :) CZYTASZ? = KLIKNIJ LUBIĘ TO!

Wszystkie pytania dotyczące bloga zadawajcie albo tutaj, albo na fb ;)

Pozdrawiam ;*

piątek, 5 października 2012

Bohaterowie opowiadania i małe powitanie.


Ania Michalczyk
Wiek: 21 lat
Studentka trzeciego roku pedagogiki  na Bełchatowskiej uczelni.
Swoją nieśmiałość stara się nadrabiać chęcią pomocy i spokojem, na chwilę obecną jest szczęśliwa i żyje chwilą.
Trochę nierozgarnięta, narwana, kiedy coś sobie postanowi, ale ambitna, nie da sobie w kaszę dmuchać.
Życie wychowało ją na świadomą swoich zachowań i atutów, stara się nie brać do siebie uwag innych bo wie, że nie daje to żadnej przyszłości.
Stara się nie podporządkowywać życia dokładnemu planowi i żyć oryginalnie i niekonwencjonalnie. Nie lubi czuć na sobie presji innych.




 Bartosz Kurek
Wiek: 24 lata
Dobry człowiek, który niebanalnym poczuciem humoru próbuje rozluźnić innych i ukryć własne problemy, których nie umie sam rozwiązać.
Woli zdusić je w sobie, niż zamęczać nimi innych.
 Z jednej strony wydaje się skromny, z drugiej wygląda jakby nie lubił o sobie opowiadać.
Czasem zapomina, że nie wszystko jest z pierwszej półki i wydaje mu się że wiele rzeczy wygląda łatwiej, za każdym razem boli go powrót do rzeczywistości, kiedy jego przeczucia okazują się być mylne. Cichy marzyciel, którego z chmur wyciąga przymus ciężkiego stąpania po ziemi.




Alicja Stankiewicz
Wiek:
20 lat

Energiczna i spontaniczna, jeśli ma widzieć przez przesadzony pryzmat, woli widzieć wydarzenia przez ten różowy. Dusza artystki, wrażliwa, więc łątwo ją zranić. Płaczliwa, ale nie można uznać ją za infantylną lub dziecinną.
Wie, czego chce i do czego zmierza, dąży do celu posługując się przysłowiem 'cel uświęca środki', czasem nie wie, kiedy trzeba zachować umiar, a innym razem kiedy trzeba dać z siebie więcej.
Twierdzi, że uśmiech to lekarstwo na wszystko.
Razem z Anią tworzą mieszankę wybuchową, ale wiedzą, że wystarczy jeden telefon, aby jedna mogła pojechać za drugą na drugi koniec świata.
Buntownica ze szczyptą dziecięcego uroku oraz niewinności, której nie powinno się lekceważyć.




Zbigniew Bartman
Wiek:
25 lat

Kontrowersyjny, niecodzienny i oryginalny. Twardo stąpa po ziemi i wie, do czego dąży w życiu.
Sprawia wrażenie trochę niedostępnego, aroganckiego ze szczyptą szarmancji, aczkolwiek gdzieś w głębi duszy skrywa w sobie nieograniczone pokłady czułości.
Posiadacz niebanalnego poczucia humoru, należy do typu niegrzecznego chłopca, aczkolwiek jego przyjaciele wiedzą, że mogą na niego liczyć.
Ceni sobie wartości rodzinne i kiedy znajdzie już kogoś, kto jest warty jego uczucia, może poświęcić wszystko dla ukochanej osoby.



 A więc tak się prezentuje nasza czwórka głównych bohaterów :) Z góry mówię, że nagnę trochę faktów, ale jako autorka opowiadania mam nadzieję, że mogę sobie na to pozwolić ;)
Opowiadanie podzielę na dwie części: pierwsza będzie skupiać się na Ani i... No właśnie, tego się pewnie domyślacie :), a druga na Ali - to też jest chyba oczywiste. 
Wiadomo, znajdzie się jeszcze garść innych bohaterów drugoplanowych, takich jak np. Michaś Winiarski i Kuba Jarosz.
Opowieść będzie utrzymywała się w lekkich, obyczajowych klimatach, zabarwionych humorem i romansem.
Mam nadzieję, że zdobędę kilku czytelników, którym będą się moje wypociny podobać :D

Pozdrawiam ;*